Często zadaję sobie podstawowe pytanie – po co fotografuję? Nie robię tego przecież dla pieniędzy, a jednak fotografia, choć to zabrzmi patetycznie, jest treścią mego życia. Dlatego też dobrze rozumiem Renatę Dąbrowską i jej ogromną pracę, polegającą na wykonaniu ponad stu portretów swoich imienniczek, zamieszkałych w Polsce i za granicą. Po co? Może dla samej ciekawości, może z jeszcze innych powodów…? Realizacja pomysłu i pomyślne doprowadzenie do serii fotografii, liczącej sto portretów, wymagały rozpisania długiego planu działania, wielu najrozmaitszych kroków postępowania, kultury osobistej, umiejętności dyplomatycznych i psychologicznych, by pokonać w osobach fotografowanych obawy i wahania, o których autorka wspomina. Pomysł wymagał determinacji, odwagi, cierpliwości i dążenia do sprecyzowanego artystycznego celu.
Renata, idąc przez życie, ciągle rozgląda się, ciągle chłonie, ciągle jest ciekawa tego, co za rogiem, co dalej za horyzontem. Czy wystarczy taką osobę określić tylko ekstrawertykiem? Chyba nie, na tym polega fenomen Renaty. To coś więcej. To „coś”, co ja także dobrze rozumiem i cenię. To miłość do szalonych pomysłów, do ryzyka w pozornie bezsensownych przedsięwzięciach, do planów bardziej realnych w marzeniach niż w „rozsądnym życiu”. To ciągłe poszukiwanie czegoś, czego nie można określić czy zdefiniować. To ucieczka przed dołującą stabilizacją i murami, które ta stabilizacja buduje.
To ciągle szeroko otwarte oczy małego dziecka, chłonące łapczywie życie. To nieczęsto spotykany typ człowieka…
W swojej kolekcji Renata ukazała własną tożsamość, ukazała swój portret scalony z wielu twarzy, osobowości, charakterów. Potwierdza się fakt, że rzeczywistość to przede wszystkim opowieść o innych. Słuchając i oglądając uważnie, możemy wydostać się poza ograniczającą nas egoistyczną osobowość i zobaczyć samego siebie.